Po najlepszej kawie w Wirmence trafiam na pochód krisznowców, przeradzający się z czasem w taniec na tle Czarnej Kamienicy. Radosny dziki tłum rośnie, wciągając prawie wszystkich w zasięgu wzroku. W szczytowym uniesieniu do tańca przyłączył się również nie kto inny jak Homer Simpson. Rynek tańczy, dołączają się Miniony. Rynek śpiewa, zawył też uniesiony Pan Żul.

Tymczasem słońce zachodzi nad Lwowem. Promienie odbijają się w złotych wskazówkach ratuszowego zegara. Dźwięk muzyki miesza się z codziennym gwarem wypełniającym kawiarnie i restauracje. Wiatr wieje od wschodu. Ciepły podmuch jesieni niesie zapach kawy. Słuchać puls miasta, staram się go zmierzyć i przykładam ucho do bruku. Jest, bije.

Popijam łyk atlasówki i ciepłej herbaty. Pan Jewhen przynosi kolejny koc. Zimno dzisiaj, ale szkoda ostatnich promieni lwowskiego słońca. Jesienią należą do rzadkości, jak nie deszcz to deszcz. Siedzę przed Atlasem i wpatruję się w tłum. Żyję nim, wtapiam się i przez kilka krótki dni jestem jego częścią.

Życie napisze za mnie dalszą trylogię: papieros, wódka, kawa. Idę, zacznę od Prawdy. Podobno prawda buduje.

Siadam i łączę się. Poczta, Facebook, Pages. Coś piszę, nie na długo. I tak nie było ciekawe. Prawda lubi niedziele, szczególnie o 14, kiedy zaskakuje mnie darmowym piwem. Nie lubię darmowego piwa, bo po nim kupię kolejne. Oni to wiedzą, ja to wiem, a i tak zrobię jak zawsze.

– Ciekawy tu zwyczaj mają – zagaduje mnie po rosyjsku z dziwnym akcentem facet obok.

– Ciekawy.

– Jak wrócę do domu to mi nie uwierzą.

No i gadamy. Okazuje się, że Polak. Nie wierzy, gdy mówię, że przyjeżdżam tu, by tu być. – Masz tu babę? – Nie mam – Interesy? – Nie – Masz tu babę!

– Przepraszamy, zajęte? – pyta trójka Ukraińców.

– Siadajcie, siadajcie, woła Romek i z marszu zamawia pół litra. – Tak na przywitanie, dodaje.

No to popisane.