Pierwsze informacje o tworzeniu Teatru Variete dotarły do mnie około roku temu, chociaż historia powstania pierwszej  krakowskiej sceny musicalowej sięga podobno aż trzynastu lat wstecz. Jak tylko wszystko stało się jasne, a pierwsza konferencja prasowa rozwiała obawy i pobudziła wyobraźnię, zacząłem się jarać jak teatralny neon. Na kurcze, będziemy mieli swoją własną, prywatną krakowską Romę! Da się? Da się! Akcję przewietrzania krakowskiego fetorku artystycznego czas zacząć. A potem już tylko zostało mi codzienne śledzenie strony, czekając, kiedy wreszcie będzie można kupić upragnione bilety.

Czekałem, czekałem i tylko zobowiązania, nazwijmy je najważniejsze, nie pozwoliły mi wybrać się na prapremierę. Nikt i nic nie powstrzymało mnie jednak przed pójściem na premierę.

Oczekiwania były ogromne i przez kilka miesięcy jedynie narastały, napędzane kolejnymi materiałami zza kulis umieszczanymi na fanpage`u teatru.

Variete mieści się w przerobionym budynku zrujnowanego kina o dumnej nazwie „Związkowiec”. Sądząc zatem z samej nazwy, zachwycać się raczej nie powinno być czym, ale już wejście wygląda iście westendowo. Właściciel poszedł w klasykę i dobrze na tym wyszedł. Smaczki, które dodano w kilku miejscach, odciążają nieco ten dość zwalisty gmach. Wnętrze to natomiast klasyka teatralna na najwyższym poziomie, nie wspominając już o sali teatralnej, która ciągle pachnie nowością, odróżniając się tak bardzo od innych polskich teatrów, w tym niestety trochę odrapanego Buffo.

Dobra, co ja tu o przeróbkach socjalistycznych molochów, jak jeszcze słowem nie wspomniałem o samym przedstawieniu.

Oczekiwania się spełniły. Dzięki Bogu, bo mówiąc szczerze liczyłem się z całkowitą porażką. To tak w wielkim skrócie i już na początku, by nie trzymać Was w niepewności po przydługim wstępie.

Od początku do końca wydawało się, że scena kocha swoich aktorów. Tyle pozytywnej energii ile otrzymałem od tych ludzi, mogło postawić na nogi najgorszego malkontenta. To była najwyższej klasy rewia pomieszana z musicalem. Gdy wydawało się, że jest za mało tańca, dostawaliśmy układ na dwudziestu aktorów. Kiedy brakowało mocniejszych solówek, już wciskał nas w fotel kolejny utwór. Janusz Józefowicz nie zawiódł. Stworzył bardzo mocną pakę, w której jest naprawdę kilka dobrych głosów, mogących z powodzeniem zamieść polskim rynkiem muzycznym. No zgadzało mi się wszystko, co będę owijał. Choć z drugiej strony nie będę również ukrywał, że wyposzczony krakowski, a nawet polski widz, rzuciłby się pewnie na wszystko.

No i na koniec została nam Natasza Urbańska. Po ogłoszeniu, że wraz z Barbarą Kurdej-Szatan będzie wcielała się w rolę blondynki, w Internecie zawrzało. Ludzie chcieli sprzedać, a co niektórzy nawet oddać swoje bilety. Jeżeli ktoś chciałby to zrobić, bardzo proszę  o kontakt (kontakt@ambasadorp.pl). Całkiem serio to mówię, bo legalna blondynka w wykonaniu Nataszy to prawdziwy aktorski majstersztyk. Jak bardzo by nie rolowała i nie uskuteczniała inne dziwne rzeczy, podpowiadane bądź nie przez jej męża, to nadal jest jedną z najlepszych polskich wokalistek, a przy tym niesamowitą tancerka (Te kocie ruchy). Nic nie zrobisz i jak bardzo by jej ludzie nie hejtowali, to trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, jako Legalna Blondynka wypadła genialne.

Kończąc, polecam. Przyjeżdżajcie tramwajami, pociągami, autobusami i cieszcie się z nami, że mamy nareszcie pod Wawelem pierwszy teatr muzyczny z prawdziwego zdarzenia. Dla takiej chwili warto było czekać nawet te trzynaście lat.