Za każdym razem gdy jadę do Lwowa czekam, by zobaczyć nowe odrestaurowane budynki, kolejne inwestycje w przygotowaniu, miasto piękniejące z miesiąca na miesiąc. Niestety, nieustannie rozczarowuję się coraz bardziej. Każde kolejne rozczarowanie jest z kolei coraz bardziej bolesne i z każdym kolejnym rozczarowaniem mam coraz mniej nadziei na jakąkolwiek zmianę.

Euroremont

Tak Ukraińcy nazywają swoje remontowe poczynania, które z dobrymi europejskimi standardami mają tyle wspólnego co barszcz ukraiński jedzony w polskiej knajpie. Czasami nawet śmietany nie dadzą, tak jak Ukraińcy zapominają o odpowiednich materiałach, farbach, najwyższym możliwym poziomie dbałości o szczegóły pięknych zabytkowych kamienic, które często po przejściu hordy budowlańców przypominają już zwykłą czynszówkę. Żal patrzeć na znikające detale architektoniczne, na poziom prac konstruktorskich, za który w innych krajach można byłoby oglądać swoje „dokonania” już zza krat. Nie wiem czy ktokolwiek pyta tu kogokolwiek jak budynek wyglądał wcześniej i dlaczego teraz ma wyglądać właśnie tak. Tu się to robi i tyle w temacie. Czas to pieniądz. Czy za tym stoi odpowiednia kasa? Odpowiedzcie sobie sami.

Najgorsze czai się tuż za drzwiami

Nie wiem czy kiedykolwiek zaglądaliście do podwórce kamienic, czy wchodziliście do środka na klatki schodowe. To co tam znajdziecie ma się nijak do zniszczonej elewacji budynku. Czegoś takiego naprawdę nie uświadczycie w najgorszej polskiej dzielnicy zapomnianej przez Boga i Unię Europejską. Te niecodzienne widoki są już natomiast dostępne przy samym Rynku. Walące się na głowę sufity, opadające drewniane schody pamiętające remont jeszcze za Austro-Węgier. Wynajęty kiedyś apartament sam w sobie był całkiem fajny, odpicowany na maksa, ale dojście do niego przypominało prawdziwy tor z przeszkodami. Przeprawy nie ułatwiał fakt, że na „klatce schodowej” nie było światła, a z sufitu leciały kawałki drewna i jakiejś dziwnej dziewiętnastowiecznej zaprawy. Prawdziwy szok. Adres? Ruska.

14621170356_08f0390a66_o

Klatki schodowe innych odwiedzanych kamienic niczym się nie różniły. Było strasznie i przykro. Żal mi ludzi, którzy tam mieszkać oraz budynków, które za niedługi czas mogą się już nie nadawać nawet do totalnego remontu.

Architektoniczne potworki

Co rusz można spotkać nowotwory ukraińskiej myśli architektonicznej, które pasują do miejskiej zabudowy miasta tak jak nazwisko Bandery na nazwę jednej z głównych ulic. Obie kwestie to najcelniejszy strzał prosto w twarz ludziom, którym na mieście najzwyczajniej zależy. Bank stojący tuż za plecami pomnika Adama Mickiewicza to tylko najbardziej rzucający się w oczy przykład budowlanego wandalizmu, którego przejawy w mniejszym lub większym stopniu przewijają się w całym mieście. Co rusz słyszymy o nowych planach budowy tego i owego co przesłoni Jura, czy Dom Techników. Nie chcę tutaj nawet wspominać o indywidualnych zapędach obecnych lwowian w postaci plastikowych zabudowanych balkonów, które potrafią oszpecić nawet odświeżony już budynek. Nikt nad niczym nie czuwa, każdy ma wszystko w głębokim poważaniu, nic nie zmienia się od lat, cierpi miasto.

Nie brakuje tu magii

Nigdy bym nie odebrał temu miastu tego czym mnie oczarował i sprawia, że wracam do niego najczęściej jak mogę. To miasto jest magiczne, jedyne takie jakie poznałem i dlatego nazywam je moim. Czy jednak w całym lwowskim klimacie przeszkodziłyby wyremontowane kamienice, normalne chodniki, drogi, zielone klomby i kosze na śmieci rozmieszczone częściej niż co kilometr? Czy jakakolwiek sens i logika w zarządzaniu miastem zabiłaby jego ducha?

Lviv

Śpieszmy się kochać Lwów

Lwów odchodzi. Na naszych oczach giną kolejne zabytki, kolejne wspomnienia i świadectwa przeszłości. Ten proces nadal można jednak zatrzymać. Przede wszystkim musimy o tym mówić. Niech ta prawda dojdzie do wszystkich, bo to miasto to przecież nasza wspólna historia. Zachwycajmy się pięknem Lwowa, bo jest ono niezaprzeczalne.

Zadbajmy jednak o to, by  mogły nim cieszyć się również kolejne pokolenia