Wiele osób przekracza granice Mołdawii, ale nikt dla przyjemności. Tak spokojnie można rozpocząć ten tekst i bez dłuższego nudzenia, równie szybko skończyć. No ale dobra, rzekło się. Niech więc powstanie coś ku przestrodze i oszczędności Waszych portfeli.

Stolica mołdawskiego syfu

Zacznijmy od tego, że nie spodziewałem się po tym kraju, nawet po jego stolicy, wielkich fajerwerków. Nie liczyłem jakoś specjalnie na zaskoczenie turystycznym bogactwem, choć nie powiem, widmo pewnego poziomu ucywilizowania przez moment zagościło jednak w mojej głowie. Rzeczywistość przeszła jednak wszelkie, nawet te najbardziej fantazyjne oczekiwania.

Przede wszystkim Syf jest tutaj niemiłosierny. Syf pisany wielką literą. W centrum miasta straszy nieskończony budynek hotelu-molocha, na przeciwko którego znajduje się designerska fontanna. Wokół niej, 24 godziny na dobę, rolę małych kupidynków z siusiakiem na wierzchu spełniają okoliczni menele i Ci, którym nie udało  się utrzymać ciśnienia do domu. Smród wokół rozchodzi się niemiłosierny i jego poziom podnosi się tylko wraz z rosnącą temperaturą. Koneserów otwartego miejskiego szaletu nie brakuje, bo mołdawskich policjantów jakby nie było, a przechodnie specjalnie nawet nie zwracają na to uwagę. 14291826_10210265724264824_7419283478775369256_n-2

I choćbyś walił głową w drzewo, to i tak niczego nie zmienisz

Nikt nie zaprząta sobie tutaj głowy piętrzącymi się kopcami ziemi w miejscu przyszłych chodników, asfaltowymi wykopkami zamiast ronda, a już tym bardziej człowiekiem, którego głowę ktoś na siłę stara się upodobnić do drzewa. W centrum miasta, w godzinie jeszcze nie ostatniej. Idzie sobie Pan, zatrzymuje się samochód. Wyskakuje trzech silnorękich, chwyta Pana pod pachę i zaczynam nim ciskać o drzewo. Na początku bardziej głową, potem już całym ciałem. Obok przejechała powoli policja, ale chyba coś im hamulce nie zadziałały. I strasznie i nie śmieszno.

Nawet wódkę Ci zabiorą

Są takie miejsca, w których wyglądasz rano za okno i jedyne co chciałbyś zrobić, to walnąć banie, by chociaż przez chwilę, uczynić ten świat bardziej kolorowym. Tutaj nawet tego nie można. Postarajcie się zrozumieć ten ból, kiedy w sklepie, po całodniowej podróży, wyciągają Ci butelkę wódki z koszyka. Tego uczucia nie można pomylić z niczym innym. Tak, to prawda, po 22 nie kupisz tu poważnych procentowych trunków. Nie pozostaje nic innego, jak oszukiwać siebie i innych. Kiepskie piwo i dużo lepsze wino nie poprawią jednak nastroju na tyle, na ile mogłoby to zrobić pół litra dobrze schłodzonej substancji.

Jak konie w galopie

Siedzisz sobie na ławeczce, popijasz naprawdę dobre i przy tym tanie mołdawskie wino, gdy nagle widzisz obok piękną Panią przejeżdżającą konno. I nie, nie są to powinne omamy. Musicie mi uwierzyć na słowo, bo nawet aparatu nie zdążyłem wyciągnąć. To nie był jakiś stęp. Pani kulturalnie galopowała sobie po centrum miasta, obok spokojnie przechodzących lokalsów i zbierających szczęki z podłogi przyjezdnych. W tym momencie jakoś jasne staje się dlaczego chodniki przypominają przeważnie leśne dukty.

Dzieci kukurydzy

Wyjechaliśmy z Kiszyniowa. Jechaliśmy przez wsie i miasteczka do miejsca, które odwiedzić trzeba…


Melanż to mołdawski must see. Najlepiej by było, jakby taka miejscowość witała nas zaraz przy granicy wjazdowej, a efekt wizyty procentował do szybkiego zakończenia naszego pobytu w tym równie smutnym, co niezbyt kolorowym kraju.