Mijam ich na każdym kroku i nie, nie przeszkadza mi, że w ulubionym kebabie nie pracuje już żaden Turek. Nie wkurza mnie to, że nawet do polskiego burdelu zaproszenie dostaję w łamanym języku polskim. Ja Was naprawdę lubię. Kiedyś szukałem okazji, by z Wami porozmawiać. Przecież przez pięć lat nie uczyłbym się języka, którym gardzę. Wiem, zdarzają się chore zwyrole, które dla przyjemności zarywają noce nad gramatyką opisową i staro-cerkiewno-słowiańskim. Uwierzcie, ja do nich nie należę.

Byłem, znam się, więc może jednak się wypowiem

Życie przeciętnego Ukraińca to prawdziwy rozpierdol. Kilka dobrych lat temu pisałem o tym i dzisiaj napisałbym dokładnie to samo. Nie zmienia się nic. No może poza kursem hrywny, który dzisiaj jest prawie trzykrotnie niższy. Możemy narzekać na Tuska, Kaczora i „całą tę bandę złodziei”, ale jakby nam nie przeszkadzali, naprawdę dzisiaj żyje się coraz lepiej. Tylko ślepy nie dostrzeże zmian. Podobnie jak tylko ktoś o sokolim wzroku dostrzeże pozytywne zmiany na Ukrainie. Kiedyś przynajmniej mogłem wskoczyć do pociągu i po nocy w plackarcie kąpać się  już w ciepłej Jałcie. Dzisiaj ukraińska Jałta jest równie odległa, jak normalna codzienność, do której my już przywykliśmy, a której Ukraińcy szukają u nas.

Powiedzieć więc, że panuje tam burdel, to tak, jakby nic nie powiedzieć. Wojna toczona na Wschodzie kraju oraz wojna wewnętrzna w Kijowie i na ulicach innych większych miast. Strajki gonią manifesty. Wszystko następuje cyklicznie. Po Majdanie przychodzi kolejny Majdan, a po nim jeszcze jeden. Dzisiaj przywódcą jest Pani z warkoczem, za chwilę słodki biznesmen, by na koniec, chyba z braku chętnych, sięgnąć po skompromitowany import gruziński.

Zawieszeni w czasie i ustroju

To nie jest normalna sytuacja, w której ulica staje się urną wyborczą. Liderzy opozycji uciekają dachami, a potem są odbijani z rąk policji w biały dzień. Demokracja uliczna liczona duszami wyprowadzanymi w mroźne zimowe wieczory próbuje rokrocznie, z uporem maniaka, wywracać kraj do góry nogami. Jakkolwiek trywialnie by to nie brzmiało, zdaje się, że przyjęto to za normę. Z drugiej strony nie oznacza to jednak, że Ukraińcy to jakiś krewki i dziki naród. Większość z nich po prostu nie umie w demokrację. Zatrzymali się w połowie drogi pomiędzy Peweksem a Galerią Handlową i tak już sobie stoją. Ni więcej, ni mniej. Stoją i czekają aż coś przyjdzie. Jak długo nie przychodzi, wkurzają się, nerwowo tupią nóżką i czekają dalej. W tym samym miejscu i niedoczasie historycznym. Przy tym całym wariactwie są jednak ludzie, którzy trzymają głową powyżej poziomu zalewającego ich szamba. Nie odpuszczają i wierzą, że może być lepiej, że można coś zmienić. Jest ich niewielu i dlatego tym bardziej ich szanuję.

W Polsce często przewija się argument, że na początku z kraju wyjechali Ci najbardziej przedsiębiorczy, którzy nie zgadzali się z tym, że u nas czegoś nie mogą. Chcieli czegoś więcej, szybciej. Oczywiście na to twierdzenie trzeba brać konkretną poprawkę, ale w założeniu nie mam powodów sądzić, że na Ukrainie jest inaczej.

Dodać trzeba przy tym, że Ci  co wyjeżdżali nie chcieli czegoś zmieniać, oni czekali na zmiany. Nawet jeżeli planowali powrót do Ojczyzny, to zawsze przy założeniu „kiedy się coś zmieni”. Samo, bo przecież wszystko dzieje się samo. Zachowanie, które można jeszcze wybaczyć dziecku stojącemu nad rozbitym talerzem.

Historia, która wraca

Nie chcę się tutaj zbytnio rozpisywać, bo o mordach wołyńskich napisano już bardzo wiele, a współczesność pisze kolejną historię. I w tym właśnie tkwi problem. W tym, że nadal nie został rozwiązany. Wbija się głęboko  w nasze relacje, a powiązane z nimi ukraińskie kwestie narodowo-patriotyczne (UPA to dla Ukraińców armia-założyciełka mitu narodowego) sprawia, że stoi ością w gardle. Dotyczy to zarówno starego, ale także i co ważniejsze, również młodego pokolenia.

Dane w dupie były, Ukraińca widziały

Jeżeli słyszę od kogoś o milionie Ukraińców w Polsce to wiem, że zbyt długo zasiedział się w swoich czterech ścianach. Chyba cały nocny ulotkowo-promotorski przemysł obsługują nasi wschodni sąsiedzi. Tam, ale i w siłowniach, restauracjach, na ulicach i placach zabaw. Bywają momenty, że czuję obco, a jest to, uwierzcie mi, dziwne uczucie.

Lubię Was, chociaż się Was boję. Boję się Was ze wszystkich powodów, dla których Was lubię. Ten Wasz chory pierdolnik, który macie u siebie i dobrze by było gdyby tam pozostał. Piękny dziki kapitalizm z początku lat dziewięćdziesiątych, który u Was nadal trwa. Cudowny powrót do lat dzieciństwa, ale pół roku u Was wystarczyło mi, żeby dzisiaj wracać do niego maksymalnie na tydzień.

Lubię Was i totalnie nie mam nic do tego, że chcecie tutaj przyjeżdżać, pracować, zakładać rodziny. Jestem przy tym pewny, że większość z Was będzie starała się socjalizować. Z  drugiej strony obracam się w Waszym środowisku, znam historię, czytam o tym jak było, jest i czego pragniecie. Wszystko staram się odbierać przez zarzucone filtry: idioci, sfiksowani nacjonaliści, zwykłe internetowe trolle. Nie zmienia to jednak faktu, że znam Was z codzienności i wielu różnych zachowań, z którymi spotykam się coraz częściej. A kiedy również coraz częściej dostaję od znajomych wpisy (zabawniejsze i te trochę mniej), jak te poniżej, to serce mimo wszystko zaczyna mi bić coraz szybciej.

Z Polakami powinno się rozmawiać konkretnie. Trzeba im dać jasno do zrozumienia, że Bandera to ukraiński bohater. Każdy naród sam wybiera swoich bohaterów i właśnie to ukraińska władza powinna powiedzieć prosto w oczy młodszemu bratu.

Ukraińców jest w Polsce wielu i będzie coraz więcej. Jeżeli po cichu będziemy rozmawiać i werbować każdego kto wyjeżdża do Polski, to w razie potrzeby pokażemy Polakom, kto jest gospodarzem w ich domu.

Lubię Was, chociaż się Was boję.