Weekend we Lwowie to coraz częstszy cel  wyjazdów. Jeszcze dziesięć lat temu mogło kogoś dziwić, że jadę do ruskich. Okradną, pobiją i nie daj Boże ubiją. Tak pokrótce rysowała się moja przyszłość w oczach rodziców i znajomych. Jak bardzo byli w błędzie, dowiadują się teraz sami, kiedy wyjeżdżają lub już planują swoją podróż do Lwowa.

Może więc również i Ty zastanawiasz się nad weekendowym wypadem? Albo już jedziesz i chcesz ułożyć sobie na szybko plan wycieczki? Tak więc dobrze trafiłeś. Dostaniesz tutaj ogólny plan na klasyczny przedłużony weekend i nie będzie to klasyk skopiowany z przewodnika. Będą nie tylko kościoły, parki i kamienice, ale bary, restauracje oraz miejsca zagubione na mapie. Bo Lwów historią, klimatem i knajpami stoi. Wyjątkową historią i kultowymi knajpami! I głupi byłby ten, kto by z tego w pełni nie skorzystał. Tak więc zaczynamy!

Ci, którzy wyjazd mają dopiero w planach, niech zaczną od przejazdu. Możliwości jest kilka i pokrótce opisałem w tekście Jak dojechać do Lwowa. Odnośnie noclegów, tę kwestię chociaż odrobinę mogą Wam wyjaśnić rady z tekstu Noclegi we Lwowie. Jeżeli chcecie natomiast dostać 100 złotych na nocleg z Airbnb KLIKNIJCIE TUTAJ.

A teraz nie ma co tracić czasu. Hulamy po Lwowi!

DZIEŃ PIERWSZY

Dzień zaczynamy standardowo od śniadania. Nie idziemy jednak do pobliskiego sklepu po jaja i parówki. Te ostatnie są na Ukrainie tak okrutne, że najgorszemu wrogowi bym ich nie podał. Nie przyjechaliśmy tutaj przecież kisić kasę w skarpecie. Pomysłów na najlepsze śniadanie we Lwowie są dziesiątki. O najlepszych piszę w tekście Gdzie zjeść śniadanie we Lwowie. Dlatego nie martwcie się, jeżeli wszystkich nie uda wam się zaliczyć na jednym razem. Będą one jednym z kolejnych powodów, by odwiedzić miasto z podziemną rzeką raz jeszcze. Powodów, innych niż kulinarne, również zresztą nie będzie brakowało.

Tak więc śniadanie mamy już za sobą. Z napełnionymi brzuchami ruszamy zobaczyć jak w porannych promieniach słońca budzi się Rynek. Na rogu handlarze starociami na nieodległym placu obok Pomnika Pidkowy wypakowują ostatnie cenne precjoza pozostawiona na strychach jeszcze przez Tamtych Lwowiaków. Pierwszy poranek to zawsze chłonięcie klimatu. Powietrze pachnie tutaj wyjątkowo czysto i klarownie. Tak, że myśli stają się przez to bardziej wyostrzone.

Jeżeli nadal nie rozbudziła Was poranna kawa, pamiętajcie, że żadna kawa na wynos nie jest tak dobra a zarazem tak tania jak tutaj. Lwów nie bez powodu nazywany jest miastem kawy. Korzystajcie więc póki możecie ze wszystkich dobrodziejstw kawowych, których tutaj nie brakuje. Chyba was nie zdziwi jeżeli powiem, że lista sprawdzonych miejsc z najlepszą kawą wynos już na was czeka. Kliknijcie tutaj i sami powąchajcie zapachu kawy.

Po spokojnym początku dnia czas na chwilę ruchu. Ruszamy na Wysoki Zamek. Idziemy ulicą Pidwalną, mijając po lewej stronie Arsenał Królewski i Miejski. Po chwili skręcamy w prawo i ulicą Zamkową docieramy do Parku Wysoki Zamek. Ulubiony Park Stanisława Lema to prawdziwa oaza zieleni usadowiona w samym centrum miasta. Warto zatrzymać się tutaj choć na chwilę. Siąść na ławce i wsłuchać się w ten spokój. A potem wspinamy się już schodami pod górę. Da im radę każdy, więc nie ociągamy się po warto. Chwila spacerku i już zataczamy kółka wokół Wysokiego Zamku, powoli docierając do celu. I już, spójrzmy na widok, do którego będziecie już wracać za każdym razem kiedy będziecie we Lwowie.

Ta wieża z zieloną kopułą to wieża Korniakta, Zaraz obok niej widać kopułę Kościoła Dominikanów a dalej, po prawej, Ratusz z wieżą ratuszową. Lwów po sam horyzont ze wszystkimi swoimi perełkami. W tle promienie słoneczne odbijają się w złotych kopułach Świętego Jura, a kto spostrzegawczy może nawet zobaczyć wieże Kościoła Św. Elżbiety.

Tym razem schodzimy nieco inna drogą-ulica Użchorodzką. Na końcu niej warto odwiedzić pewne niezwykłe muzeum-Podwórko zagubionych zabawek. Przyznajcie, że to miejsce zasługuje na chociażby na krótką wizytę. Ustrzelenie fotki rodem z kiepskich niszowych japońskich horrorów nie stanowi tutaj problemu.

Wracamy na Rynek, bo nadszedł już czas na solidny obiad. Idziemy do niego ulicą Krakowską. Po prawej stronie mijamy Cerkiew Przemienienia Pańskiego, a dawniej Kościół rzymskokatolicki, z którym czas nie obchodził się najlepiej. Na początku lat dziewięćdziesiątych służył za magazyn materiałów pochodzących z zlikwidowanego Ossolineum. Przeciekający dach i niszczejące pod nim bezcenne skarby kultury polskiej. Obraz ten był tyleż tragiczny co symboliczny. Niestety z szacunkiem do dorobku kulturowego mieszkańców miasta Ukraińcy miewają problem po dziś dzień. Jeszcze kilka lat temu można było oberwać tutaj w głowę kawałkiem odpadającego tynku. Dopiero od niedawna można cieszyć się wnętrzem, podczas oglądania którego nie trzeba przełykać przekleństw pod adresem władz.

Wychodzimy, ale nie na długo, bo już po chwili wchodzimy do przepięknej Katedry Ormiańskiej. W pewnym momencie Lwów miał tyle katedr różnych wyznań ile Watykan. Sami przyznajcie, ze robi wrażenie. Po wejściu wchodzicie w świat cienia. To jedno z miejsc, w którym po prostu się na chwilę zatrzymujecie. Szczególną uwagę warto tutaj zwrócić na fresk po lewej stronie. W pogrzebie św. Odilona biorą udział nie tylko bracia zakonni, ale również cienie ich poprzedników.

Wróciliśmy na Rynek. Kierujemy się w stronę wyróżniającej się Czarnej Kamienicy. Tuż obok niej znajduje się Włoskie Podwórko, znajdujące się w Kamienicy Królewskiej, która w przeszłości należała do króla Jana III Sobieskiego.  Wejście do środka kosztuje dwie hrywny. Za dodatkową opłatą można również zwiedzić wnętrze kamienicy ze stałą wystawą. Warto wejść, aby zrobić zdjęcia z wysokości. Samo muzeum niestety nie zachwyca. Co do Włoskiego Podwórka, to można je określić jako miniaturowy Wawel. Miejsce wyjątkowe i warte odwiedzenia.

Przez nadmiar wrażeń zapomnieliśmy jednak o obiedzie. Czas na solidną porcję jedzenia, a wybór mamy tutaj szeroki. Przekrój restauracji możecie znaleźć w tekście Najlepsze knajpy Lwowa.

Po późnym obiedzie czas na wieczorny spacer. Może tym razem ruszyć bez planu? Wejdźcie pomiędzy kamienice i dajcie się porwać miastu. W prawo, prosto w lewo i na przełaj przez krzaki. Byle przed siebie. Posłuchajcie rytmu miasta. Wystarczy go odnaleźć, by chociaż przez moment poczuć się naprawdę jak u siebie.

Na koniec czas na ucztę dla ucha i podniebienia. Ruszamy do Prawdy, gdzie przy dźwiękach najlepszych standardów muzycznych, granych na żywo przez orkiestrę, napijemy się jednego z szerokiego wyboru lokalnych piw kraftowych. To, że piwa kraftowe znaleźć tutaj można w cenach całkiem niekraftowych może nieco przeciągnąć tutaj naszą wizytę.

DZIEŃ DRUGI

Startujemy z samego rana. Dzisiaj czas ruszyć na Łyczaków. Na początku jednak krótki spacer Wałami Hetmańskimi (Prospektem Swobody) w stronę pomnika Adama Mickiewicza. To najpiękniejszy z pomników wieszcza jakie znam. Prawdziwy Wieszcz w uniesieniu. Robimy klasyczną fotkę pod Adasiem i ruszamy dalej w stronę Kościoła Bernardynów. To wyjątkowe miejsce, w którym warto zatrzymać się i podumać przez chwilę. Po wyjściu przechodzimy przez podwórzec kościelny i bramą, widząc niedaleką knajpę Mięso i Sprawiedliwość, wychodzimy na Plac Cłowy (Mytna Ploscha). Przejściem podziemnym mkniemy na przystanek tramwajowy i łapiemy tramwaj na Łyczaków. Posłuchajcie, jak to brzmi, jedziemy na Łyczaków. To nasz kolejny, a dla mnie zawsze najważniejszy cel.

W zależności od trasy tramwaju wysiadamy zaraz obok Cmentarza, lub obok malutkiej Cerkwi św. Piotra i Pawła. W drugim przypadku wystarczy tylko kilka minut zejść na dół, mijając po lewej stronie ukraińskie Pola Marsowe. Nieco dziwna to konstrukcja architektoniczna i jakby nieco zapomniana przez Boga i historię. Dlatego idziemy dalej w stronę bramy cmentarnej. Za wejście trzeba zapłacić kilkadziesiąt hrywien. Wiem, że można wejść z innej strony za darmo, ale nigdy na tym akurat nie oszczędzam. Jeżeli chociaż część pieniędzy trafi na renowacje pomników, to warto. Zbyt długo trwałaby opowieść o tym, kto spoczywa w tym miejscu. Czekają na was cierpliwie między innymi Maria Konopnicka, Stefan Banach, Artur Grottger, Władysław Bełza, Julian Ordon oraz Antoś Petrykiewicz i Lwowskie Orlęta.

Udajmy się na jeden z najbardziej sentymentalnych spacerów. Cmentarz Łyczakowski obok wileńskiego Cmentarza na Rossie, warszawskich Powązek i krakowskiego Cmentarza Rakowickiego to jedna z czterech polskich nekropolii narodowych. Zawsze mam tak, że w jedną stronę idę główną alejką do Cmentarza Orląt, a powrót zajmuje kilka godzin. Wizyta na Cmentarzu Orląt to wyjątkowa chwila. Jeśli będziemy mieć szczęście, w kaplicy spotkamy Pana, który krótko opowie nam historie tego miejsca. Dorzućmy się do puszki na opiekę nad tym miejscem. A teraz wracamy. Odwiedzamy kwatery powstańców styczniowych, setki grobów przy których można zatrzymać się na krótką lub dłuższą chwilę.

Wychodząc przez główną bramę skręcamy w lewo i idziemy w dół. Po kilku minutach, przy rosyjskim konsulacie,  skręcamy w ulicę Kochanowskiego, którą będziemy wracać do centrum. Przy niej oraz biegnącej równolegle ulicy Zielonej znajdziemy wiele pięknych, kiedyś podmiejskich willi. Spacerując w ich cieniu zakosztujmy nieco innego, mniej turystycznego, zwykłego lwowskiego życia. Pani trzepie dywan na grożącym zawaleniem balkonie, a leniwy kot przeciąga się w ocienionej bramie. Wstąpmy do małego sklepiku, kupmy kawę na wynos i cieszmy się, mam nadzieję, dobra pogodą. A jak pada, to najlepiej sami ją zorganizujmy.

Wracamy na Rynek, by spacer zakończyć, odwiedzając kaplicę Boimów. Jej wnętrze zawsze robi na mnie olbrzymie wrażenie. Misterne zdobienia nie pozwalają oderwać od nich wzroku. By wejść, musimy wejść tutaj pomiędzy 11 a 17. Nie możemy również nie wstąpić do Katedry łacińskiej. To właśnie tutaj Jan II Kazimierz Waza, podczas potopu szwedzkiego, oddał kraj pod opiekę Matki Bożej.

Pięknych widoków nigdy dość, tak więc może jeszcze mała wspinaczka na wieżę ratuszową? Warto poświęć godzinkę i spalić trochę kalorii, by zobaczyć ten widok. Kilkaset stopni i cały Lwów mamy u naszych stóp. Nie śpieszmy się. Z góry widać o wiele więcej Po takim dniu zasłużyliśmy na solidną porcję jedzenia.

A może by tak wstąpić jeszcze do Opery? Nic prostszego. Pamiętajmy jednak o wcześniejszym kupnie biletu (w dniu przedstawienie również powinny być dostępne). Z pomocą idzie nam strona Opery https://opera.lviv.ua/pl/, która dostępna jest również po polsku. Wybieramy na co idziemy, kiedy idziemy, miejsce i zamawiamy. Nic prostszego. Ceny są absurdalnie niskie, tak więc jeżeli mamy ochotę na odrobinę kultury, to lepiej nie trafiliśmy. Tym bardziej, że trupa lwowskiej opery jest uznawana za jedną z lepszych na Ukrainie. Antrakty poświęcimy natomiast na zwiedzenia wnętrza, która może zachwycić na równi ze sztuką.

DZIEŃ TRZECI

Na ten dzień mamy zaplanowane muzea.  Rozpoczynamy od Pałacu Potockich Zwiedzanie samego Pałacu z zewnątrz jest bezpłatne. Zapłacić trzeba tylko za wizytę w środku. Odwiedzenie Lwowskiej Galerii Sztuki kosztuje 20 hrywien, a wybrać możemy się tutaj od wtorku do niedzieli od 12 do 18.

 Rozpoczynamy chmielowo od Muzeum Piwa. Miejsce otwarte jest codziennie od 10 do 19. Bilet kosztuje 60 hrywien, a mały zestaw lwowskiego piwnego testera (wybór czterech piwek) 40. „Lwowskie piwo to jest klasa, robi z chłopa super asa!”„Sto lat żyje, kto lwowskie piwo pije!”. Zwiedzenia mamy tutaj na mniej więcej półtorej godziny, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by złocisty trunek podegustować nieco dłużej. Przynajmniej ja bym się przed tym nie wzbraniał.

 

Wracamy ulicą Kleparowską, po drodze zahaczając o Rynek krakowski. Można tu kupić wszystko od majtek Versace po kilogram podgardlanej. Zdecydowanie warto dodać to miejsce do swojej listy. Doda kolorytu każdemu wyjazdowi i na pewno będzie o czym opowiadać znajomym.

Idziemy w stronę Parku Kościuszki (obecnie Park Iwana Franki). To jeden z piękniejszych lwowskich parków usytuowanych w centrum miasta. Pospacerujmy chwilkę, usiądźmy na ławce zakochanych. Jeżeli mamy jeszcze siły, możemy podejść kilkaset metrów, by zobaczyć Sobór św. Jura. Wracając w stronę Rynku warto również zajrzeć do dawnego Uniwersytetu Jana Kazimierza (obecnie Uniwersytet Lwowski im. Iwana Franki) i  Kasyna Szlacheckiego (obecnie Dom Uczonych), który znajduje się tuż obok niego, przy ulicy Listopadowego Czynu.

Nie możemy zapomnieć również o ostatnich zakupach. Odwiedźmy więc Pchli Targ Wernisaż (w modzie nieustannie jest papier toaletowy z podobizną Putina), targ staroci niedaleko pomnika Pidkowy, o którym wspomniałem wcześniej, firmowy sklep Roshen oraz większy sklep spożywczy, gdzie nabędziemy produkty podstawowego użytku. Ich wykaz znajduje się na zdjęciu poniżej.

Miksujcie, blendujcie i mieszajcie tym planem dowoli. Dokładnie zdaję sobie sprawę, że można w nim upchnąć o wiele więcej, ale zawsze daję sobie czas na spokojne wypicie piwa. Dlatego czasami jest tak, że dzień jest wypchany atrakcjami na maksa, a czasami kręcimy się niezobowiązująco w okolicach Rynku, szukając jakiegoś wyjątkowego miejsca dla siebie. Przyznam szczerze, że obie opcje są równie interesujące.