Jak każda miłość, ta do Liverpoolu ma również swoją wyjątkową historię. Naturalnie jest piękna i wyjątkowa, jednak przyglądając się bliżej ileż tam było wybojów, ileż to trudów wymagało i jak bardzo się ze sobą kłóciliśmy. Na koniec odpłacała mi się jednak pocałunkiem, utuleniem i tymi wyjątkowymi momentami.

Był 2004 i pierwszy oficjalny zlot fanów Liverpoolu, zorganizowany przez polski fanclub Live (liverpoolfc.pl). Wszystko gotowe, koszulka zakupiona, bilety zamówione.

Gotowa jednak była również grypa… Grypa, która lubi przychodzić w najmniej oczekiwanych momentach. Nie pojechałem, podobnie jak rok później LFC nie dojechało na pierwszą połowę finału Ligi Mistrzów. Razem z przyjacielem (Wojtku, pozdrawiam Cię najserdeczniej w tej chwili) wybraliśmy na officialu koszulkowym. Naszych barw nikt rozumiał nikt, podobnie jak tego, że kibicujemy Live od czasów Jego-Michaela Owena. Jak mnie pamięć nie myli, była to moja klasa maturalna, tak więc alko było na legalu. Wspominam o tym, bo po 45 minutach musiałem uderzyć coś mocniejszego. Zakąszając dymem nikotynowym przełykałem gorycz gorycz nieuchronnej porażki. No bo kto by się spodziewał? Ktoś z Was, by się spodziewał? Tak jak ja się znietrzeźwiłem, tak Live nareszcie otrzeźwiało: Gerrard, Smicer, Alonso, 6 minut cudu i ten Dudek. Jego taniec zaczął się już przy strzale i dobitce Szewy. Niesamowity mecz Polaka, który tak bardzo nie zasłużył na to, jak później potraktował go Benitez. Kapitan Steve G. stanął na wysokości zadania. Ta noc była niezwykła i tylko Ci, którzy ją jakoś przeżyli, mogą o niej powiedzieć coś więcej.

Dawni koledzy z szatni mówią dzisiaj, że kiedy na boisku był Gerrard, czuli się bezpiecznie. Pan Piłkarz, który ma szczególne miejsce w historii Liverpoolu. Jest nim, nawet pomimo jednego potknięcia. Każdy, nawet najlepszy specjalista w swojej dziedzinie ma taki moment. 27 kwietnia 2014, mecz z przetrzebioną kontuzjami Chelsea i nagle, pod koniec pierwszej połowy, nieatakowany Gerrard pada na boisko, podcięty przez samego siebie. Tytuł nie był jednak przegrany przez tę sytuację. Tak również zostanie zapamiętany ten rok. Ja KAPITANA zapamiętam tak. Tęskno nam po Tobie. No dobrze…

Po 11 wygranych z rzędu była to jednak najlepsza okazja do wygrania ligi od lat. Pucharu Premier League podczas swoich 17 sezonów spędzonych na Anfield Gerrard nigdy nie podniósł. Liverpool ma 18 tytułów Mistrza Anglii, z tym, że po ostatni sięgnął w 1990. Miałem wtedy 4 lata, więc nie kibicowałem. 19 lat oczekiwania, a jeszcze City z Guardiolą się trafił po drodze. Jak wspomniałem. To nie jest najprostsza miłość

Już dzisiaj kolejna próba charakterów i szansa, by Klopp zakończył sezon z pucharem. Zasługuje na to jak nikt inny.

Mój Liverpool, moje Anfield, moje nadzieje i oczekiwania. Ja już jestem gotowy!